Błędni rycerze
Patrzysz na archiwalną wersję tematu "Błędni rycerze" z forum halla.mjollnir.pl/
Unik - Czw 03 Sty, 2008 23:51
Na forum "Stachuriady" znalazłem dyskusję, którą polecam szczególnie Bjoernowi z Dregowii - a to ze względu na jego zainteresowania: Cytat: problematyczna strona rzeczywistości i dziwność bytu Rzecz idzie o błędnych rycerzach, którzy są niewątpliwie najbardziej fascynującym do dziś elementem kultury pogańsko-barbarzyńskiej. Fascynacja ta kończy się nieraz smutno, ponieważ błędni rycerze kończą życie przeważnie w młodym wieku, samobójem (w obecnych czasach) - wskutek czego nie tylko idą do piachu, ale jeszcze pociągają za sobą innych.
Cytat: Jeśli chodzi o samobójstwa pod wpływem fascynacji Stachurą - to tylko "wierzchołek góry lodowej". Fascynacja, bazująca tylko na samej estetyce i utożsamieniu się - słusznym zresztą - z protestem Steda przeciw panującej rzeczywistości, pozbawiona kontroli rozumu i moralności, spowodowała mnóstwo innych nieszczęść ludzkich, mniej znanych, bo nie tak drastycznych dla ludzi z zewnątrz, i rozłożonych na lata.
Ilu ludzi zapiło się, bo uważało, że tak będzie romantycznie (...)?
Ilu ludzi uznało, że można przeżyć życie, myśląc o niebieskich migdałach, przez co wpadli potem w problemy?
Ile kobiet utożsamiło się z Gałązką Jabłoni tak, że uznały, że najromantyczniej będzie wyjść za mąż za artystę-alkoholika - a potem okazywało się, że zamiast Gałązkami Jabłoni[wyidealizowana miłość Janka Pradery, utożsamianego ze Stachurą bohatera "Siekierezady"; jej pierwowzorem była żona Stachury, Zyta - Unik], musiały być Martami Kucharskimi [Marta Kucharska - ostatnia narzeczona Stachury, opiekowała się nim pod koniec życia i próbowała go ustrzec przed samobójstwem - Unik]?
Często po latach to wszystko wychodzi.
Zdaje się, że sam Odyn był bogiem-błędnym rycerzem. Miał przecież stale odbywać wędrówki w poszukiwaniu wiedzy, jak prawdziwy błędny rycerz. W Wojskowości ludów Morza Bałtyckiego jest znamienny fragment na s. 184 (artykuł Leszka p. Słupeckiego Odyn i Thor. Wódz i wojownik?):
Cytat: W opowieściach mówiących o Odynie i jego ziemskich podopiecznych-herosach typowy jest ich finał - Odyn zwraca się w końcu przeciw swoim pupilom i sprowadza na nich śmierć.
Nic się od tego czasu nie zmieniło - tyle, że akurat w przypadku Stachury nie ma, rzecz jasna, mowy raczej o Odynie, ale o Świętowicie. Spotkałem się z poglądem, że "biała lokomotywa", o której pisał, to nic innego, jak zmodernizowany biały koń Świętowita. Fakt, że motyw ten - i to w zmitologizowanej wersji - należy do najczęściej kojarzonych ze Stachurą, i że łączy się go z jego samobójstwem, tylko to potwierdza.
To jest główna dyskusja o błędnych rycerzach:
http://forum-avalon.net/viewtopic.php?t=3031
Cytat: Na starej stronie "Stachuriady" znajduje się artykuł Wprowadzenie do ekstatycznego życia i cierpienia Edwarda Stachury, a także próba teorii tak zwanego obłędu i tak zwanej śmierci Jarosława Markiewicza:
Cytat:
Cytat: Na przejeździe kolejowym w Bednarach rozwibrowany umysł Stachury zobaczył nadjeżającego smoka-potwora i umysł nie miał najmniejszych wątpliwości, że trzeba tego smoka pokonać i że jest w stanie to zrobić - jedyny błąd umysłu polegał na tym, że automatycznie polecił to wykonać ciału - i miało tu miejsce jedno z nadziwnieszych zdarzeń, nie odnotowanych w księgach.
Ciało napadło na pociąg, pociąg zareagował rycersko - jak tylko mógł, pokonując siłę bezwładności swoimi hamulcami - ale siła bezwładności była większa, Ciało dostało się pod pociąg, ale wtedy zadziałała najpotężniejsza ze wszystkich sił, nazywana przez nas enigmatycznie Nieświadomością - i Sted stracił w tym zderzeniu tylko cztery palce prawej ręki, co bezsprzecznie należałoby zapisać - biorąc pod uwagę straszliwe okoliczności - po stronie cudów.
Maszynista elektrowozu zabrał halucynującego Stachurę do maszyny i zawiózł do szpitala w Łowiczu.
Czy to prawda, że pociąg zdał się Stedowi potworem, z którym trzeba walczyć? Zupełnie przypomina mi to walkę z wiatrakami w Don Kichocie Cervantesa, a zarazem stwarza podejrzenia, że w tej powieści jest mniej elementów karykaturalnych, niż zwykliśmy sądzić. W świetle tego zresztą postać Don Kichota wydaje mi się (mimo różnych przejaskrawień autora) bardziej tragiczna, niż śmieszna. Jeśli ktoś znajdzie się w stanie transu i halucynacji, to wówczas każdy duży, ruszający się przedmiot może mu wydawać się potworem, które chce go zaatakować - szczególnie, gdy się zbliża. Stąd zapewne wzięły się stwory mityczne, jak smoki czy gryfy, będące w istocie produktem wyobraźni.
Różnica między Don Kichotem, a Stachurą, jest taka, że ten pierwszy pod koniec życia uznał swój błąd. Sted natomiast usiłował wrócić na dawną drogę.
Kim byli błędni rycerze? Byli to ludzie włóczący się po świecie. jak już pisałem, w poszukiwaniu przygód i rozwiązania różnego rodzaju tajemnic mitologiczno-filozoficznych. Gnała ich do tego bardziej niż głód wiedzy - tęsknota. Właściwie zresztą można tu mówić o jednej Tajemnicy, wieloznacznej, rozmytej i niejasnej - czego najlepszym przykładem św. Graal, gdzie łączą się rozmaite pojęcia, związane z mitologią i filozofią pogańską, oraz, wtórnie, wpływy chrześcijańskie. Poszukajcie sobie na wyszukiwarce wiadomości o św. Graalu - ile tam jest najrozmaitszych wersji! Właściwie, św. Graal na dobrą sprawę mógł być wszystkim.
Wiedzę na temat Tajemnicy rozumianej filozoficznie błędni rycerze zdobywali, studiując u rozmaitych mędrców (takich, jak np. zapewne Rafał Urban) - jednak nie była to żadna wiedza zdroworozsądkowa, tylko nauki pogańskie typu takiego, jaki dziś kojarzymy ze Wschodem. Pamiętajmy, że były to czasy przedchrześcijańskie, a przynajmniej takie, w których chrześcijaństwo było słabo zakorzenione. Europa "barbarzyńska" była zaś dalszym ciągiem Azji.
W tamtych czasach podróż i przygody nieodłącznie wiązały się z walką, zaś poszukiwanie przygód - z wywoływaniem wojen i niepokojów. Dlatego też błędni rycerze byli elementem anarchizującym. Niezależnie od tego, że mogli szukać "miłości, pokoju i sprawiedliwości", jak znacznie późniejszy bohater tej oto piosenki:
Cytat:
Cytat: HARCERSKIE POSZUKIWANIA
Na koniu jechał harcerz Ca
Chciał znaleźć taki kraj dG
Gdzie wszystko jest dla wszystkich
Gdzie nie ma w miastach bram
Poszukaj bracie takich miejsc FG
Co nie istniały nigdy Ca
O których mogłeś tylko śnić
Poszukaj bracie kwiatów
Które jeszcze nie zakwitły
Zacznij marzeniami żyć
Na koniu jechał harcerz
Chciał znaleźć taki sklep
Gdzie uśmiech jest zapłatą
Za mleko i za chleb
Na koniu jechał harcerz
Chciał mieć przyjaciół tam
Gdzie nie ma trosk i zmartwień
Gdzie zawsze gości maj
A tutaj z "Księcia bezdomnego" Rutkowskiego:
Cytat:
Cytat: Zofia Kozimor pytała, dlaczego Gałązka Jabłoni, obiekt tak intensywnych uczuć, nie pojawia się u Stachury ani razu. Gałązka Jabłoni jest zawsze nieobecna. Podobnie w innych utworach: ukochanej brak. Jeśli kobiety pojawiają się, to jedynie jako wrogowie lub osoby wywołujące agresję, odrazę lub wstręt, przed którymi należy się bronić, których trzeba unikać. Na przykład w "Całej jaskrawości": "Kobiety w za małych albo w za dużych roboczych kombinezonach sunęły do baraku złożyć narzędzia, przebrać się [...]. Mieliśmy z Witkiem duże u nich powodzenie. Kiedy przebierały się [...] machały nam przed oczami różową bielizną jak torreadorki. Śmiały się przy tym [...]. Jedne podnosiły wysoko w górę nogi i przebierały nimi w powietrzu, inne tupały o podłogę [...]. Rzuciwszy przedtem szpadle do kąta, wybiegliśmy z ciasnej areny na dwór ścigani ujadaniem kobiet".
Pojawienie się kobiet oznacza walkę i skłania do ucieczki. Kobiety ujadają.
U Stachury każda erotyczna gra, a nawet myśl o niej, pojmowana jest jako zdrada prawdziwej miłości. Miłość to nieobecność zbliżenia. Miłość wyklucza seks. Prawdziwa miłość polega na tęsknocie do miłości: "w ogóle, która to potrafi, że kamień drży jak listek figowy na wietrze" ("Cała jaskrawość").
Miłość przybiera kształt tęsknoty, straszliwej tęsknoty. Do kogoś, kogo ciągle brak. Miłość to czysta negatywność: "Postawiłem piwo i zamknąłem na chwilę oczy. Tęsknota, rzewność straszliwa i wielka jak niezmierzone równiny spadła na mnie i objęła mi głowę, ręce i kibić. Zanuciłem coś cicho. [...] Atak mi wolno przechodził i ból w brzuchu, ale jeszcze kruchy byłem od tego". ("Pragnienie" w: "Falując na wietrze").
Miłość trawi ciało, wyczerpuje fizycznie, eksploduje, wywołuje cierpienia, wzmacnia wszelkie doświadczenia, ale nie dotyczy konkretnej osoby. Miłość to ból.
Już "Listy do Olgi" świadczą, że z miłości można umrzeć, ale z kobietą nie można się kochać. Listy kierowane są do nieistniejącej. Przestrzeń wypowiedzi wypełnia nie Olga, lecz jej nieobecność. Nieobecność podnieca najbardziej.
Dziewczyna wyjechała na kilka dni, o czym opowiadający nie wiedział. Zastaje zamknięte drzwi. Wybucha w nim niesamowita tęsknota, ale nie pożądanie. Żal, ból i miłosne uniesienia. Już by sie miało spełnić, ale się nie spełnia, bo jej nie ma, ale na wiadomość, że Olga wraca - opowiadający ucieka: "Za długo czekałem. Za długo wędrowałem i szukałem: tysiąc dni i tysiąc nocy, to dosyć. Nie będę czekać jeszcze jedną noc. To za dużo".
W dodatku "Listy do Olgi" - jak najsłuszniej przypomina Zofia Kozimor - "tworzące jeden z najpiękniejszych zapisów miłosnych cierpień", kończą się niesłychanie okrutnym wyznaniem, które powinno podnosić czytelnikowi włosy na głowie: "I to byłoby też niesprawiedliwe, bo Ty nie jesteś, Ty nie jesteś Olga". Do spotkania nie dochodzi, co gorsza ostatnie słowa przekreślają jednym cięciem wszelkie dotychczasowe miłosne deklaracje.
Gdyby Olga się pojawiła, to nastąpiłby koniec świata. Albo śmierć. Nieobecność Olgi symbolizuje ideał miłosny, oczywiście w formie negatywnej. Miłość do kobiety jest cierpieniem, jest bólem, jest tęsknotą, jest treścią życia i obroną przed samobójstwem, ale może występować tylko jako niespełniona obietnica. Słowa adresowane do Gałązki Jabłoni dyszą tęsknotą i sprawiają wrażenie miłosnych wyznań, ponieważ tęskniący wie, że ani Olga, ani Gałązka Jabłoni nigdy się naprawdę nie pojawią. Tęsknota i miłość do kobiety oznacza jednocześnie jej odrzucenie.
To mi z kolei przypomina trubadurów średniowiecznych i ich tęsknoty, ich niespełnialne miłości.
***
Tak samo zresztą, jak Olga, nie mogły się nigdy pojawić wspomniane wyżej sprawiedliwość i pokój, których szukali błędni rycerze. Zamiast nich, na drodze straszliwie tęskniących za absolutnym Dobrem błędnych rycerzy pozostawały tylko coraz to nowe trupy...
To nie jest, rzecz jasna, cała dyskusja. Tutaj natomiast jest relacja kogoś, kto dokonywał na sobie eksperymentów błędnorycerskich w wersji lekkiej:
http://forum-avalon.net/viewtopic.php?t=3056
Bjorn(Dregowia) - Pią 04 Sty, 2008 09:16
Dyskusja rzeczywiście ciekawa. Ja również związek "błędnych rycerzy" z Odynem (a być może także ze Świętowitem lub raczej Welesem) odczuwam jako archetypowy.
Tylko niekoniecznie do Świętego Graala bym się tutaj odwoływał, chyba że w powiązaniu z tym co symbolicznie przedstawia np. smocza krew, albo jeszcze bliżej - Odroerir... albo idąc dalej za swobodnym już skojarzeniem - Kocioł z Gundestrup i jego hipotetyczna symbolika
Unik - Pią 04 Sty, 2008 20:46
Rzecz jest w tym, że św. Graal wcale niekoniecznie musiał być kielichem, z którego pił Chrystus. To późna i schrystianizowana wersja. Zwrócono zresztą uwagę, że schrystianizowana dosyć słabo - chyba się nie bardzo nadawała do chrystianizacji. Cały zresztą cykl mitów arturiańskich to takie późnośredniowieczne, ugładzone przeróbki. Czytałem za to, że legenda św. Graala wiązała się z herezjami gnostyckimi (co jest jedną z przesłanek mojej teorii, uznającej gnozę za element filozofii pogańskich Indoeuropejczyków).
Ta wieloznaczność św. Graala brała się z istoty błędnych rycerzy, którzy - przynajmniej jeśli chodzi o "klasycznych" błędnych rycerzy - tak naprawdę nie szukali niczego konkretnego, tylko czegoś, co zaspokoiłoby ich ogromną tęsknotę za czymś nieznanym:
Cytat: sądzę, że błędni rycerze szukali w istocie właśnie czegoś, co by tę ich tęsknotę zaspokoiło, i dlatego nie wiedzieli, co to jest konkretnie. Może to zaspokoi moją tęsknotę? A może coś innego? A może coś jeszcze innego?
Cytat: O przeraźliwej tęsknocie znalazłem taki fragment w "Całej jaskrawości":
Cytat:
Cytat: Byłby wielki czas powiedzieć, że bezkarnie nie można przekraczać pewnych granic. Są, mówię, stany graniczne, jak menisk wypukły w kielichu, których bezkarnie nie dane jest przekraczać nikomu. Są za to kary. Rozsypująca na proch, na pył, tęsknota za czymś bliżej niewiadomym - to jedna z tych kar. Tęsknota dzika i odurzająca zarazem. Dzika jak otwieranie brzucha, odurzająca jak ubytek krwi. Nad broczącym płynie wiatr. Bierze go i sieje.
To jest tekst o św. Graalu i nieokreśloności tego przedmiotu:
Cytat: Święty Graal. Żaden obiekt nie budził tylu emocji, tylu kontrowersji, tylu marzeń. Opowieść o nim ciągnie się przez wieki - poczynając od eposów rycerskich rodem ze Średniowiecza, poprzez opracowania autorstwa tak poważnych badaczy, jak i hochsztaplerów wszelkiej maści, aż w końcu udało jej się zaistnieć w ramach kultury masowej.
A czym tak naprawdę jest ów Graal?
Tutaj napotykamy multum wizji, zapewnień, dowodów... Wszystkie z nich są uznawane przez swoich twórców za pewnik, każda teoria poparta jest poważnymi przesłankami. Zacznijmy od początku.
Spory zaczynają się już przy samej etymologii słowa. Niektórzy wskazują na łacińskie słowo "gradualis" ("stopień") jako źródłosłów. Według tych badaczy Graal może być postrzegany jako kolejny stopień... Czego? Oświecenia, którego zwieńczeniem jest całkowita wiedza, dająca moc równą Boskiej? A może Graal jest tylko nazwą kolejnego poziomu wtajemniczenia w sekretnym spisku, dążącym do przejęcia władzy nad światem? A może, zgodnie z hinduistycznymi tradycjami, Graal to jeden ze szczebli, po których wspinamy się dążąc do nirwany? A może... Sporom nie ma końca.
Inni etymolodzy twierdzą, że słowo da się przetłumaczyć jako "naczynie" (inne wersje: "talerz", "puchar"), co bardziej odpowiadałoby najpopularniejszej chyba spośród wizualizacji Graala. Teoria ta oparta jest na słowie "gradule", obecnym w języku starofrancuskim oraz łacinie.
Nie stopień, nie naczynie, ale "Sang Real" - Krew Królów. Tak według niektórych brzmi prawidłowa odpowiedź na pytanie o pochodzenie słowa. Według tych uczonych prawdziwym Graalem jest pochodzenie- geny Jezusa Chrystusa i jego rodu, legitymujące do uznania się za Nadczłowieka. O tej teorii dokładniej opowiem poniżej.
Nie są to jedyne spośród rozwiązań. Przeplatają się tutaj wiccanie, Agarrtha, spiskowcy kabalistyczni, tarot, psychurgowie, poszukiwacze UFO, uważający, iż Graal może być kodem ułatwiającym Kontakt...
I wszyscy mają rację.
Jak Graal wygląda? Czym jest? Jakie są jego właściwości? Tu tez nie znajdziemy jednoznacznej odpowiedzi. W ciągu wieków istnienia legenda Graala nagromadziła wokół siebie setki rozwiązań.
Najpopularniejsza spośród teorii, barwnie opisana w "Indiana Jones i Ostatnia Krucjata", głosi, iż Graalem jest kielich, z którego Jezus pił przemienione w Krew wino podczas Ostatniej Wieczerzy. Kielicha tego użył, już po Ukrzyżowaniu, Józef z Arymatei, bogaty kupiec żydowski (i według niektórych- powinowaty Chrystusa), do zebrania krwi wyciekającej z przebitego boku Jezusa. Kielich ten, obdarzony mistycznymi właściwościami, został następnie przez Józefa ukryty, by odnalazła go osoba godna oglądania jednej z najświętszych tajemnic boskich.
Któż miałby być tym wybranym? Parcival? Galahad? Ktoś nam współczesny? Może... Może my sami?
A jeśli nie kielich, to może Całun, w który owinięto ciało martwego Chrystusa? Całun ten podobno odnaleźli templariusze podczas prac wykopaliskowych prowadzonych przez nich w Świątyni w Jerozolimie. Możliwe, że jest to ten sam słynny Całun Turyński... A może prawdziwy Całun jeszcze nie został znaleziony, może rycerze Templum ukryli go podczas kasacji zakonu i procesów wytoczonych przez Filipa Pięknego, zaś święty obiekt z Turynu to tylko falsyfikat?
W niektórych wschodnich obrządkach starochrześcijańskich tajemnica śmierci jest obrazowana przez odkrywanie ciała Jezusa spod całunu. Fragment po fragmencie, stopień po stopniu...
Biblia podsuwa nam jeszcze jedno rozwiązanie - naczynie z perfumami, którymi Maria Magdalena skropiła nogi Jezusa. Niektórzy badacze (np. Graham Philips) przypisują temu naczyniu moc mistyczną, podobną do tej, jaką opisują zwolennicy teorii "kielicha".
Równie często wspomina się, iż Graalem może być nie kielich, ale taca. Np. srebrny półmisek, na którym przyniesiono Salome głowę Jana Chrzciciela. Albo talerz, z którego Jezus spożywał Ostatnią Wieczerzę. Uzasadnieniem tej tezy może być poemat rycerski "Morte d'Arthur" sir Thomasa Mallory'ego, w którym Graal jest opisany jako naczynie do przechowywania Św. Komunii, którą spożyli Galahad, sir Bors oraz Parcival. Mallory z kolei swą opowieść wzorował podobno na anonimowym rękopisie ("Parzival" Wolfganga von Eschenbacha?), na temat którego nie posiadamy żadnych informacji...
Mit arturiański. Właśnie. Łączy się z nim kolejna grupa teorii o pochodzeniu Graala. Otóż według części badaczy św. Graal jest silnie związany z tradycjami celtyckimi i germańskimi. Na przykład ze świętymi kamieniami.
Pochodzenie tych kamieni nie jest znane. Wielu mówi o lapis coelis, kamieniach, które spadły z nieba (meteoryty?), niedowiarkowie wskazują na zwykłe głazy morenowe. Faktem jest, iż obiekty te odgrywały w kulturalnym i religijnym życiu Germanów i Celtów sporą rolę- przy nich odbywały się narady plemienne (thingi), na nich składano ofiary. Przypisywano im moc magiczną- kamień taki potrafił podobno mówić. Głos owego lapis coelis był słyszalny w momencie obioru nowego króla. Przyszły władca stawał na głazie, który w chwili, gdy stawał na nim prawowierny król, przemawiał ludzkim głosem. Czasami też zaczynał żarzyć się nieziemskim światłem (jak Graal!), lub leczyć chorych...
Innym celtyckim motywem w onterpretacjach Graala była teoria, jakoby nasz obiekt zainteresowania był jednym ze świętych kotłów (cauldrons). Kotły te były odpowiednikiem rogu obfitości- zapewniały dostatek, zdrowie, udane plony, były źródłem pożywienia w chwilach głodu. Częstokroć potrafiły, dzięki ukrytej w nich mocy Bogini Matki przywracać do życia poległych w walce wojowników (vide: komiks "Slaine- Rogaty Bóg"). W jednej z legend walijskich król Artur (będący jednym z najważniejszych bohaterów celtyckich), wyrusza na poszukiwanie kotła pełego pereł, który miał moc wskrzeszania zmarłych i przywracania zdrowia rannym..
Wspominałem o Sang Real - krwi królów. Być może chodzi tu po prostu o... pochodzenie od Jezusa Chrystusa. Tak twierdzili Merowingowie - pierwsza dynastia chrześcijańska wśród Franków. Utrzymywali oni, iż ich ród wywodzi się od potomka Jezusa i Marii Magdaleny. Jeszcze inni twierdzą, jakoby Jezus, podróżując ze swym wujem - Józefem z Arymatei, dotarł aż do Hiperborei (Anglia?) i tam pozostawił po sobie syna. Tak czy owak - pochodzenie z rodu Jezusa, przejęcie Jego genów, łatwo jest utożsamić z uzyskaniem olbrzymich możliwości- czynienia cudów, kontaktowania się z Bogiem, itd. Czyżby narodziny Nadczłowieka? Nowego Zaratustry?
Inna, bardziej wspólczesna teoria, głosi, iż Graal był... materiałem radioaktywnym. Wskazywano na opisywane w eposach i podaniach właściwości Graala - jasne światło (promieniowanie!), właściwości, tak lecznicze, jak i groźne dla człowieka -osoby "niegodne" przebywając zbyt długo w pobliżu Graala zapadały na dziwną chorobę (białaczka?), lub umierały w mękach.
Fascynację Graalem zauważalną u Hitlera oraz jego organizacji Ahnenerbe ("Dziedzictwo"), filii SS zajmującej się tego typu badaniami, tłumaczono możliwością zastosowania Graala jako Wunderwaffe, która miała doprowadzić Rzeszę do zwycięstwa.
Więc - czym tak naprawdę może być ów tajemniczy obiekt? Szmaragdem z korony Lucyfera, pilnowanym przez templariuszy? Sekretnym miejscem, w którym zbiegają się wszelkie prądy ziemskie, a magia kwitnie bez ograniczeń? Skarbnicą wiedzy wszelakiej, książką napisaną osobiście przez Chrystusa i ofiarowaną Józefowi z Arymatei po Zmartwychwstaniu? Przepisem na życie wieczne?
A może... Może Graal jest tylko symbolem, nie posiadającym materialnego odpowiednika? Ideą, do której każdy z nas dąży, starając się rozwijać, tak aby być w końcu godnym ujrzenia swojego ideału? Kto wie...
Może to być też poetyckie przedstawienie jakiejś wiedzy tajemnej.
( http://www.teksty.gildia.pl/kormak/graal/graal1 )
Na tę stronę z dyskusją o błędnych rycerzach proponuję zaglądać co jakiś czas, bo jest ona rozwojowa - biorący w niej udział dochodzą do rozmaitych wniosków na podstawie studiów "poganizującej" literatury.
Unik - Sob 05 Sty, 2008 17:07
Znowu jest ciekawa wypowiedź w dyskusji o błędnych rycerzach, tym razem o amerykańskim błędnym rycerzu - Jacku Londonie. Okazuje się np. że Jack London uważał się za wikinga - i choć nie nosił miecza ani hełmu, jak obecni naśladowcy, to traktował tę swoją tożsamość znacznie bardziej serio. Zarazem jest to też dowód na to, co pisałem dawniej, a o co się poganie obrażali - mianowicie, że barbarzyńcy to nie jest kto inny, jak romantyczni przestępcy:
Cytat: A więc, przede wszystkim, Jack utożsamiał się z wikingami, i to jak najbardziej dosłownie, bo jako młody chłopak należał do flotylli tzw. piratów ostrygowych. Miał nawet własną łódź (z jednoosobową załogą). Piraci ostrygowi była to flota kłusowników ostryg, łowiących na cudzych terenach:
Cytat:
Cytat: Cała piracka flota bez przerwy piła, biła się, kłuła nożami i strzelała. Kradli sobie łodzie, palili żagle. Powtarzały się zabójstwa między wspólnikami i członkami załóg. Dla Jacka, który w dalszym ciągu pożerał opowieści o korsarzach i morskich włóczęgach, łupieniu miast i zbrojnych potyczkach, wszystko to, co działo się na jego oczach, było życiem surowym, nagim i swobodnym. Z wydm nad Ujściem, gdzie piraci załatwiali porachunki między sobą, gdzie błyskały noże i piaskiem rzucało się w oczy przeciwnikom, prowadziła droga na niezmierzone obszary przygody w całym świecie, gdzie toczy się walka o rzeczy wielkie i romantyczne - s. 46
A tutaj o wikingach:
Cytat:
Cytat: Interesując się własną osobą, często wmawiał sobie, że jest wikingiem, potomkiem owych mocarnych żeglarzy, któzy na otwartych łodziach przepływali Atlantyk, że jest Anglosasem i należy do wojowniczego plemienia bez trwogi w sercu - s. 39
Cytat: Podobnie jak Stachura, London w dzieciństwie przenosił się z miejsca na miejsce. Ponadto jego oboje rodzice byli właściwie poganami - prawdziwy ojciec (Chaney) był astrologiem, a matka - co gorsza, osoba niezrównoważona - spirytystką. Mało tego "dzięki" swojej mamusi, jako dziecko Jack brał udział w seansach spirytystycznych - co było po prostu zbrodnią:
Cytat:
Cytat: Podczas seansów sześcioletni Jack siedział w środku ciemnego pokoju na stole, na którego skraju spoczywało siedem par rąk. Jack i stół zaczynali wirować - s. 26
Cytat: O Londonie:
Cytat:
Cytat: Jako agnostyk czcił tylko jednego boga: duszę ludzką - s. 159
Jeśli czcił duszę, to niewątpliwie materialistą nie był.
Cytat: London pisał też:
Cytat:
Cytat: Natura nie zna uczucia, miłosierdzia, przebaczenia. Jesteśmy kukiełkami w ręku potężnych bezmyślnych mocy, ale możemy poznać prawa rządzące niektórymi z żywiołów i dostosować się do nich.
To wskazuje, że Jack był o krok od odkrycia pogańskich bogów Natury . Nie dotarł do nich - w odróżnieniu od Steda - bo znajdował się pod zbyt dużym wpływem pokładających ufność w nauce doktryn materialistycznych, którymi próbował wszystko wyjaśniać. Wiem zresztą z własnego doświadczenia, jak trudno jest myśleć na sposób spirytualistyczny, gdy wszystko wokół przesiąknięte jest materializmem.
Bjorn(Dregowia) - Pon 07 Sty, 2008 10:45
Inny "błędny rycerz" - François-René de Chateaubriand - zafascynowany śmiercią aż do nekrofilii. Lubił wprawiać ludzi w zdumienie aranżując np. nieprawdopodobne spotkania z postaciami dawno zmarłych. Uważał, że jedynym punktem rzeczywistego oglądu świata jest grób...
Unik - Sro 30 Sty, 2008 19:51
Inny "błędny rycerz" - François-René de Chateaubriand - zafascynowany śmiercią aż do nekrofilii. Lubił wprawiać ludzi w zdumienie aranżując np. nieprawdopodobne spotkania z postaciami dawno zmarłych. Uważał, że jedynym punktem rzeczywistego oglądu świata jest grób...
To pachnie na kilometr gnozą, o której pisałem, a której funkcjonowaniu w tradycji "barbarzyńskiej" się sprzeciwialiście.
z Wikipedii:
Cytat: François-René, wicehrabia de Chateaubriand (ur. 4 września 1768 w Saint-Malo, zm. 4 lipca 1848 w Paryżu), francuski pisarz, polityk i dyplomata. Przedstawiciel wczesnego romantyzmu w literaturze francuskiej. Autor apologii chrześcijaństwa Duch wiary chrześcijańskiej (tytuł tłumaczony także jako Geniusz chrześcijaństwa). W dziele tym Chateaubriand przeciwstawia chrześcijaństwo wolterianizmowi, powołuje się na argumenty estetyczne, naukę Chrystusa uznaje za zgodną z ludzką naturą. Chateubriand był francuskim arystokratą, wywodzącym się ze starego rodu, który brał udział w wojnach krzyżowych. Jego ojciec trudnił się piractwem i handlem niewolnikami, matka zmarła wcześnie. Chateaubriand początkowo popierał rewolucję francuską, jednak po restauracji był zwolennikiem króla. Od 1819 roku wydawca gazety "Conservateur".
Faktycznie - to był barbarzyńca. Syn pirata i łowcy niewolników. Być może, był zwolennikiem rewolucji, bo myślał, że spowoduje ona powrót do barbarzyństwa, a poparł monarchię, bo przekonał się, że rewolucja jest materialistyczna. Te żałosne ludziki, tchórzliwe i goniące tylko za kasą, zawsze budziły obrzydzenie w barbarzyńcach (w nowszych czasach nazywali ich drobnomieszczanami).
Argumentacja typu: zgodność z naturą ludzką, estetyka, jest też typowo barbarzyńska.
Sama fascynacja śmiercią (nie w tak zwyrodniałej formie) - tak, wiem na czym to polega. To jeden z przejawów zauroczenia złem. Pisałem już, że kiedyś rozmyślałem nad kulturą barbarzyńców, i poczułem taką fascynację grobami, trupami, krwią i śmiercią , że musiałem włączyć "Radio Józef" jako odtrutkę.
Czy jednak każdego literata, zafascynowanego pogaństwem, można uznać za błędnego rycerza? Błędnych rycerzy charakteryzuje fascynacja Drogą, tęsknota za czymś nieokreślonym - która zwykle znajduje odbicie w ich twórczości (jako że miała ona charakter bardzo osobisty).
Dyskusja rzeczywiście ciekawa. Ja również związek "błędnych rycerzy" z Odynem (a być może także ze Świętowitem lub raczej Welesem) odczuwam jako archetypowy.
W przypadku Stachury oczywisty jest związek ze Świętowitem-Swarogiem. Świętowit jeździł na białym koniu, zastąpionym przez Stachurę przez białą lokomotywę. W twórczości Stachury pojawia się wielokrotnie pojawia się motyw Słońca. Welesa to bym kojarzył raczej z takimi błędnymi rycerzami, u których przeważały elementy ponure, ale nie mam na to bezpośrednich dowodów.
Cały ten nurt tzw. egzystencjalizmu (powinno się dodawać - pogańskiego, bo jest też egzystencjonalizm chrześcijański; w materializmie problem istnienia zredukowany jest do do dążenia do tego, by jak najdłużej można było konsumować) był zresztą mniej lub bardziej błędnorycerski.
Bjorn(Dregowia) - Czw 31 Sty, 2008 09:48
Inny "błędny rycerz" - François-René de Chateaubriand - zafascynowany śmiercią aż do nekrofilii. Lubił wprawiać ludzi w zdumienie aranżując np. nieprawdopodobne spotkania z postaciami dawno zmarłych. Uważał, że jedynym punktem rzeczywistego oglądu świata jest grób...
To pachnie na kilometr gnozą, o której pisałem, a której funkcjonowaniu w tradycji "barbarzyńskiej" się sprzeciwialiście.
Uparłeś się Uniku na tą gnozę... Jeśli chodzi o sam rodzaj poznania wewnętrznego, to mogę się zgodzić, ale egzystencjalistyczne spojrzenie na świat, tak charakterystyczne dla gnostycyzmu nijak ma się do "barbarzyńców".
Co innego romantycy.
Poniżej tekst Chateaubrianda, zamieszczony w książce Marii Janion - Żyjąc tracimy życie :
Cytat: Mowa wypowiedziana przez umarłego Chrystusa ze szczytu kosmicznego gmachu o tym, że nie ma Boga
Pewnego letniego wieczora leżałem na górze twarzą do słońca i zapadłem w sen. Śniło mi się wtedy, że ocknąłem się na cmentarzu. Obudziły mnie obracające się tryby zegara na wieży, który wybił jedenastą. Szukałem słońca na opustoszałym, nocnym niebie, gdyż pomyślałem, że to zaćmienie przesłoniło je księżycem. Wszystkie groby były otwarte, a żelazne drzwi kostnicy rozwierały się i zamykały pod naciskiem niewidzialnych rąk. Przy murach latały cienie, których nie rzucała żadna postać, a inne cienie chodziły wyprostowane w pustym powietrzu. W otwartych trumnach spały jedynie dzieci. Z nieba zwisała w wielkich fałdach tylko szara, dusząca mgła, którą jakiś olbrzymi cień ściągał jak sieć coraz bliżej, gorliwiej i ciaśniej. Nade mną słyszałem odległy łoskot lawin, pierwszy krok niezmiernego trzęsienia ziemi. Kościół chwiał się pod naporem dwóch nieustannie rozbrzmiewających dysonansów, które walczyły w nim, usiłując na próżno zlać się w akord. Niekiedy na jego oknach drżała szara poświata, a od tej poświaty ołów i żelazo spływały stopione w dół. Sieć mgły i wstrząsy ziemi pchnęły mnie do świątyni, przed której bramami w dwóch jadowitych, kolczastych gniazdach wylęgały jaja, połyskując, dwa bazyliszki. Szedłem między nieznajomymi cieniami, napiętnowanymi przez wszystkie stulecia. – Wszystkie cienie stały przy ołtarzu, a wszystkim drżały i pulsowały nie serca, lecz piersi. Tylko jeden umarły, dopiero co pochowany w kościele, leżał jeszcze na swej poduszce bez drżenia piersi, a na jego uśmiechniętej twarzy widniał szczęśliwy sen. Ale gdy wszedł tam żywy człowiek, obudził się i przestał się uśmiechać, otworzył z wysiłkiem ciężkie powieki, ale wewnątrz nie tkwiły już oczy, a w pulsującej piersi zamiast serca była rana. Podniósł w górę ręce i splótł je do modlitwy; ale ramiona wydłużyły się i oderwały, a splecione dłonie odpadły. W górze, na sklepieniu wisiała zegarowa tarcza w i e c z n o ś c i, na której nie widniała żadna cyfra i która była dla siebie samej wskazówką; tylko czarny palec wskazywał na nią, a umarli chcieli na niej odczytać c z a s.
Teraz spłynęła z góry na ołtarz dostojna, szlachetna postać z wyrazem nieprzemijającego cierpienia i wszyscy umarli zawołali: „Chryste! czy nie ma Boga?”
Odrzekł: „Nie ma”.
Nie tylko pierś, lecz cały cień każdego z umarłych zadrżał i jeden po drugim zaczęli się od tego drżenia rozpadać.
Chrystus mówił dalej: „Przeszedłem przez światy, wstąpiłem na słońca i wraz z mlecznymi drogami przeleciałem przez pustynie nieba, ale nie ma Boga. Zstąpiłem w głębiny, dokąd tylko byt rzuca swoje cienie, i zajrzałem w przepaść i zawołałem: «Ojcze, gdzie jesteś?», ale usłyszałem tylko odgłos wiecznej burzy, nad którą nie panuje nikt, a błyszcząca tęcza z zachodu, bez słońca, które ją stworzyło, wisiała nad przepaścią i spływała w nią kroplami. A kiedy spojrzałem w niezmierzony świat, szukając boskiego oka, wytrzeszczyło się ono na mnie pustym, bezdennym oczodołem; a wieczność legła na chaosie i szarpała go zębami, i przeżuwała samą siebie. – Krzyczcie głośno, dysonanse, krzykiem rozproszcie cienie; gdyż Jego nie ma!”
Bezbarwne cienie rozwiewały się tak, jak rozpływają się w ciepłym powiewie ścięte mrozem białe opary; i wszystko opustoszało. Wtedy przyszły do świątyni rozdzierające serce umarłe dzieci, które obudziły się na cmentarzu, uklękły przed dostojną postacią na ołtarzu i rzekły: „Jezu! czy nie mamy ojca?” – A on odpowiedział ze łzami: „Jesteśmy wszyscy sierotami, ja i wy, nie mamy ojca”.
Wówczas gwałtowniej zazgrzytały dysonanse – rozsypały się drżące mury świątyni – świątynia i dzieci spadły w głąb – a za nimi runęła cała ziemia i słońce – zawalił się przed nami gmach kosmiczny z całym swoim bezmiarem – a w górze, na szczycie niezmierzonej natury stał Chrystus i spoglądał w dół na przebity tysiącem słońc gmach kosmiczny, jak na wydrążoną w wiecznej nocy kopalnię, w której słońca biegną jak lampki górnicze, a mleczne drogi jak żyły srebra.
A gdy Chrystus zobaczył nacierający natłok światów, taniec z pochodniami błędnych gwiazd niebieskich i koralowe ławice bijących serc, gdy zobaczył, jak jedna planeta po drugiej strząsa z siebie tlące się dusze na morze umarłych, jak hulając, trąba wodna rozprasza pływające światła po falach, wówczas, jako najwyższy z doczesnych, wzniósł oczy w górę na nicość i na pusty bezmiar i rzekł: „Zdrętwiała, niema nicości! Zimna, odwieczna konieczności! Obłędny przypadku! Czy już o tym wiadomo wśród was? Kiedy zniszczycie gmach kosmiczny i mnie? – Przypadku, czy sam to wiesz, gdy kroczysz wraz z orkanami przez śnieżną zamieć gwiazd i zdmuchujesz jedno słońce po drugim, a roziskrzona rosa gwiezdnych konstelacji gaśnie, gdy przechodzisz mimo. – Jakże samotny jest każdy w wielkim, trupim dole wszechświata! Zatem tylko sam z sobą. – O Ojcze! Ojcze! gdzież jest twa bezkresna pierś, bym mógł na niej spocząć? – Ach, skoro każde «ja» jest swym własnym ojcem i stwórcą, dlaczego nie może ono być swym własnym aniołem śmierci?
Czy to, co jest obok mnie, to jeszcze człowiek? Nieszczęsny! Wasze małe życie jest westchnieniem natury lub tylko jego echem – wklęsłe zwierciadło rzuca promienie na waszą ziemię poprzez chmury pyłu z popiołu umarłych i wówczas powstajecie wy, chmurne, chwiejne obrazy. – Spójrz w przepaść, nad którą przeciągają chmury popiołów – mgły pełne światów powstają z morza umarłych, przyszłość jest mgłą wznoszącą się, a teraźniejszość opadającą. Czy poznajesz swoją ziemię?”
Tu Chrystus spojrzał w dół, a jego oczy napełniły się łzami i rzekł: „Ach, niegdyś byłem na niej: wtedy byłem jeszcze szczęśliwy, wtedy miałem jeszcze swego nieskończonego ojca i radośnie spoglądałem z gór w niezmierzone niebo, i przyciskałem przebitą pierś do jego kojącego obrazu, a nawet w męce śmierci mówiłem: «Ojcze, wyrwij twego syna z krwawiącej powłoki i wznieś ku twemu sercu...» Ach, wy szczęśliwi mieszkańcy ziemi, wy wierzycie jeszcze w N i e g o. Być może wasze słońce zachodzi teraz, a wy ze łzami padacie na kolana wśród kwiatów i blasku i podnosicie błogosławiące ręce, i wołacie wśród tysięcznych łez radości ku otwartemu niebu: «Także i mnie znasz, Nieskończony, tak jak wszystkie moje rany, a po śmierci przyjmiesz mnie i pozamykasz je wszystkie...» Nieszczęśni, po śmierci nie zostaną one zamknięte. Jeśli zrozpaczony człowiek kładzie się z obolałym grzbietem do ziemi, aby śnić o pięknym poranku, pełnym prawdy, pełnym cnoty i radości, to obudzi się wśród burzliwego chaosu, w wiecznej nocy – i nie przyjdzie żaden ranek, i żadna kojąca dłoń, i żaden nieskończony Ojciec! – Śmiertelniku, stojący obok mnie, jeśli jeszcze żyjesz, uwielbij Go: raczej już straciłeś go na wieki”.
A gdy upadłem na ziemię i spojrzałem w świecący gmach kosmiczny, zobaczyłem wzniesione w górę sploty ogromnego węża wieczności, który legł wokół wszechświata – i oto opadły one, wąż opasał wszechświat po dwakroć – i wił się potem w tysięcznych splotach wokół natury – i rozgniatał o siebie światy – i miażdżąc nieskończoną świątynię, ścisnął ją do wymiarów cmentarnego kościoła – i wszystko stało się ciasne, ponure, trwożne – i niezmiernie zolbrzymiałe serce dzwonu miało wybić ostatnią godzinę czasu i roztrzaskać gmach kosmiczny... kiedy się obudziłem.
Moja dusza płakała z radości, że mogłem znów uwielbić Boga – a radość, płacz i wiara w Niego były pacierzem. A kiedy wstałem, słońce żarzyło się głęboko w dole za pełnymi purpurowymi kłosami zboża i spokojnie przesyłało odblaski swej zorzy wieczornej małemu księżycowi, który wstał rano bez jutrzenki; a między niebem i ziemią wesoły, przemijający świat rozpostarł swe krótkie skrzydła i żył, jak ja, w obliczu nieskończonego Ojca. A od całej otaczającej mnie natury płynęły pogodne tony, jak odgłos dalekich dzwonów wieczornych.
W pierwszym wydaniu tego tekstu happy endu nie było...
Łatwo sobie wyobrazić jak podziałał wtedy na czytelników.
Bardzo sugestywna, egzystencjalistyczna wizja, aż dziw bierze, że Jean Paul odszedł od swoich ponurych, wyrazistych tematów na rzecz chrześcijaństwa. W tym momencie jego twórczość straciła swą moc.
Jeśli interesuje Cię, Uniku, tropienie tajemnic ludzkiego umysłu i zagadek kultury to polecam skonfrontowanie powyższego tekstu z literacką zabawą Junga, zwróć uwagę zwłaszcza na zrównanie braku słońca z brakiem Boga w utworze Chateaubrianda, oraz gnostycką alegorię solarnego boga ludzi, przedstawianą przez Junga poniżej:
Septem sermones ad mortuos
Siedem nauk dla zmarłych.
http://www.gnosis.art.pl/e_gnosis/opowiesci_wizjonerskie/jung_septem_sermones.htm
Cytat: Faktycznie - to był barbarzyńca. Syn pirata i łowcy niewolników. Być może, był zwolennikiem rewolucji, bo myślał, że spowoduje ona powrót do barbarzyństwa, a poparł monarchię, bo przekonał się, że rewolucja jest materialistyczna. Te żałosne ludziki, tchórzliwe i goniące tylko za kasą, zawsze budziły obrzydzenie w barbarzyńcach (w nowszych czasach nazywali ich drobnomieszczanami).
Argumentacja typu: zgodność z naturą ludzką, estetyka, jest też typowo barbarzyńska.
Jeśli wysublimowanego francuskiego arystokratę-romantyka można nazwać barbarzyńcą, to jakim słowem określić takiego Attylę? Oczywiście żartuję, rozumiem co masz na myśli, chociaż "barbarzyńca" nie jest tu chyba najszczęśliwszym określeniem.
Cytat: Sama fascynacja śmiercią (nie w tak zwyrodniałej formie) - tak, wiem na czym to polega. To jeden z przejawów zauroczenia złem. Pisałem już, że kiedyś rozmyślałem nad kulturą barbarzyńców, i poczułem taką fascynację grobami, trupami, krwią i śmiercią , że musiałem włączyć "Radio Józef" jako odtrutkę.
Dlaczego złem? Zło jest w człowieku. Myśl, że śmierć jest dopełnieniem życia, może motywować do chęci zgłębiania jej tajemnic. Grób to macica ziemi, a trup człowieka to uczta dla innych istot...
Cytat: Czy jednak każdego literata, zafascynowanego pogaństwem, można uznać za błędnego rycerza? Błędnych rycerzy charakteryzuje fascynacja Drogą, tęsknota za czymś nieokreślonym - która zwykle znajduje odbicie w ich twórczości (jako że miała ona charakter bardzo osobisty).
Czy możemy uznać Chateaubrianda, za poetę drogi na podstawie tego, że podróżował tak w przestrzeni geograficznej, jak duchowej?
Ale rozumiem o co Ci chodzi dlatego nie upieram się przy tym przykładzie.
Cytat: W przypadku Stachury oczywisty jest związek ze Świętowitem-Swarogiem. Świętowit jeździł na białym koniu, zastąpionym przez Stachurę przez białą lokomotywę. W twórczości Stachury pojawia się wielokrotnie pojawia się motyw Słońca. Welesa to bym kojarzył raczej z takimi błędnymi rycerzami, u których przeważały elementy ponure, ale nie mam na to bezpośrednich dowodów.
Odbieram Odyna jako boga ambiwalentnego, który łaczy w sobie elementy niebiańskie i chtoniczne. W tym ostatnim podobny jest słowiańskiemu Welesowi.
Skoro już jesteśmy przy okazji tej luźnej dyskusji przy tematach okołopoetyckich i okołohistorycznych, to pozwolę sobie dorzucić następujący wątek "błędnorycerski".
Widoczny w załączniku fragment słynnego celtyckiego kotła z Gundestrup przedstawia przypuszczalnie inicjację wojenną.
Tekst z wikipedii:
Cytat: W dolnej części widać rząd wojowników dzierżących włócznie i tarcze, towarzyszą im postacie grające na instrumentach zwanych carnyx (rodzaj trąby wojennej), wszyscy maszerują w lewo. Po lewej stronie, duża postać zanurza inną postać mężczyzny w kotle. W górnej części widnieją wojownicy odjeżdżający konno od kotła, być może już po ceremonii inicjacji. Co ciekawe, w mitach celtyckich z późniejszego okresu pojawia się motyw ożywiania, w którym zmarli wojownicy zanurzani są w kotłach.
Wojownicy idą w lewo, co oznacza, że schodzą do świata podziemnego. Tam zanurzani są w kotle (gotowani? - motyw szamanistyczny, gdzie duchy gotują nieraz stare ciało szamana w ten sposób je utwardzając, dodając stalowe kości itd.), co wywołuje w nich przemianę. Powracają, jadąc w prawo (wznosząc się) na koniach (koń - atrybut bogów niebiańskich - duchowy przewodnik i wehikuł prowadzący do zaświatów). Teraz prowadzi ich ognisty wąż... Być może jest tutaj symbolem przebudzonej świadomości i zwiazanej z nią płomiennej mocy.
Być może do tego samego wątku nawiązują inne kotły i puchary (w tym Graal i Odroerir) związane z etosem wojowników indoeuropejskich i ich duchowością. (tak, są tylko alegoriami)
Być może tego właśnie poszukują nieświadomie błędni rycerze o których piszesz - przebudzonej, natchnionej mocą świadomości - duchowego miodu poezji
Ciekawe jest to, że aby go zdobyć, podobnie jak dawni wojownicy podczas inicjacji, podświadomie schodzą na samo dno piekieł. Już nie tylko rytualnie. Przegrywają nieraz życie błądząc, bo nie mogą zrozumieć czym jest to, do czego prowadzą ich instynkty.
Symbolika kotła jest pozytywna - wojownicy powracają na koniach, są natchnieni i mocni. Tymczasem "błędni rycerze" wciąż prą niżej, bliżej ognia. Wydaje się, że tam gdzie jest goręcej czeka na nich przemiana, oświecenie, tam dostąpią jakiejś mocy i wszystko wróci do normy, albo wreszcie nabierze sensu.
I na koniec - Epitafium dla Wysockiego Jacka Kaczmarskiego. Czyż nie ilustruje doskonale tego dzikiego, nieuświadomionego impulsu, który w tym przypadku prowadzi do alkoholizmu?
http://www.poezja.org/index.php?akcja=wierszeznanych&ude=7550
Unik - Czw 31 Sty, 2008 23:17
Właśnie, ja uznaję Romantyzm, jak również Koniec Stulecia za okresy nawrotu do kultury przedchrześcijańskiej. Sądzę zresztą, że nawet, gdyby gnoza nie była u barbarzyńców znana, błędni rycerze by ją przynieśli i roznieśli. Gnoza nie wyklucza zresztą równoległego z nią istnienia rozmaitych religii (uznawanych za coś niższego).
Terminu "barbarzyńca" nie używam w znaczeniu obecnie potocznym: niszczący wszystko bezmyślny osiłek, tylko jako kulturowy odpowiednik pogaństwa (tak używano tego słowia w Średniowieczu).
Cytat: Dlaczego złem? Zło jest w człowieku. Myśl, że śmierć jest dopełnieniem życia, może motywować do chęci zgłębiania jej tajemnic. Grób to macica ziemi, a trup człowieka to uczta dla innych istot...
Owszem, może również motywować do chęci zgłębiania jej drogą doświadczania tego na innych... Na tym właśnie polega zło. Jeśli ma to charakter religijnej fascynacji (ze wspomnianą przez Ciebie naturalistyczną ideologią w tle) - to wtedy zabijanie okazuje się czymś boskim - skąd płynie wniosek, że zło nie istnieje. Czyli zabicie kogoś nie jest złe, a więc można to robić.
Bjorn(Dregowia) - Pią 01 Lut, 2008 08:57
Owszem, może również motywować do chęci zgłębiania jej drogą doświadczania tego na innych... Na tym właśnie polega zło. Jeśli ma to charakter religijnej fascynacji (ze wspomnianą przez Ciebie naturalistyczną ideologią w tle) - to wtedy zabijanie okazuje się czymś boskim - skąd płynie wniosek, że zło nie istnieje. Czyli zabicie kogoś nie jest złe, a więc można to robić.
Socjalizacja zapobiega łatwemu popadaniu w takie skrajności. Nie wystarczy sobie uświadomić, że nie istnieje jakieś obiektywne zło, żeby od razu stać się maniakalnym mordercą.
Jak pokazuje historia religii zabijanie (nie wspominając już o umieraniu) może być czymś boskim. Wszystko zależy od okoliczności i kontekstu, vide - Stary i Nowy Testament...
Ale zostawmy ten temat, bo zejdziemy szybko na manowce.
Unik - Wto 19 Lut, 2008 21:38
Cytat: Socjalizacja zapobiega łatwemu popadaniu w takie skrajności. Nie wystarczy sobie uświadomić, że nie istnieje jakieś obiektywne zło, żeby od razu stać się maniakalnym mordercą.
Socjalizacja najwyżej wytwarza na tle takiej filozofii "etykę wilczych stad", albo jak kto woli - zbiorową moralność Kalego. Chyba tylko przypadku błędnych rycerzy socjalizacja nie wchodziła w ogóle w rachubę, bo oni byli zbyt wielkimi indywidualistami. Można sobie to wyobrazić tak, że często nawet włóczyli się samotnie, czasem zbierali się w jakieś z reguły nieduże drużyny, mogli mieć pachołków, jak Sancho Pansa, a mogli ich nie mieć. Wszystko zależało wyłącznie od ich aktualnego indywidualnego nastroju.
Zabijanie może być czymś "boskim" o tyle, że czasem nie ma innego wyboru. Ale nie należy z tym mylić boskości zabijania dla samego zabijania.
Wracając do powiązań błędnych rycerzy z różnymi bogami - z Odynem z pewnością dałoby się powiązać Londona.
Bjorn(Dregowia) - Sro 20 Lut, 2008 13:10
Socjalizacja najwyżej wytwarza na tle takiej filozofii "etykę wilczych stad", albo jak kto woli - zbiorową moralność Kalego. Chyba tylko przypadku błędnych rycerzy socjalizacja nie wchodziła w ogóle w rachubę, bo oni byli zbyt wielkimi indywidualistami. Można sobie to wyobrazić tak, że często nawet włóczyli się samotnie, czasem zbierali się w jakieś z reguły nieduże drużyny, mogli mieć pachołków, jak Sancho Pansa, a mogli ich nie mieć. Wszystko zależało wyłącznie od ich aktualnego indywidualnego nastroju.
W takim razie dopisuję do listy błędnych rycerzy czarny charakter dobranocki "Gumisie" - Księcia Iktorna zwanego Księciuniem
Amoralny indywidualista i egocentryk nieznoszący sprzeciwu.
Chadza sam lub częściej w otoczeniu niewielkiej grupy aspołecznych ogrów.
Ma swojego pachołka-pochlebcę.
Często wpada w gniew, lub w melancholię (zmienność nastrojów i niezdecydowanie).
Jest 100% barbarzyńcą, chociaż wygląda na rycerza.
Storm - Sro 20 Lut, 2008 13:12
ulubiona postac mojego dziecinstwa
Bjorn(Dregowia) - Sro 20 Lut, 2008 13:34
ulubiona postac mojego dziecinstwa
Wiedząc, że nie jestem sam, mam odwagę wreszcie wyznać prawdę - on i czarodziej Gargamel (którego również możemy zaliczyć do błędnych rycerzy ze względu na jego odyniczność, barbarzyństwo, poczucie misji i sługę Klakiera) byli dla mnie jak ikony.
Wspólnie ukształtowali moją psychikę.
Storm - Sro 20 Lut, 2008 13:53
Ja nigdy nie moglem pojac dlaczego jak juz Gargamel wymyslil cos co generealnie dzialalo, tylko smerfy jak zwykle mialy fuksa, to nie skorzystal z pomyslu jeszcze raz.
Nie podobala mi sie tez pozniejsza modyfikacja historii, ze niby Gargamel chce smerfy zjesc, a nie zrobic z nich kamien filozoficzny...
Zreszta podobnie z Iktornem.
Unik - Sro 20 Lut, 2008 17:57
Iktorn to raczej przywódca jakiejś grupy chąśników. Błędni rycerze występują również w bajkach, ale akurat nie przypominam sobie dobranocki, której by byli bohaterami. Najczęściej przyjmują oni postać wędrujących (czasem ze służącymi) królewiczów.
A jeśli chodzi o Gargamela - faktycznie, do skrajnych indywidualistów należy też zaliczyć czarowników/czarownice. Mieszkali gdzieś na uboczu, rzadko kontaktowali się z innymi. Zważywszy jednak na różnicę rozmiarów między Gargemelem a Smerfami, dopatrywałbym się jego prototypu w jakimś szkodzącym ludziom bóstwie podziemnym. A Klakier to byłoby zapewne zwierzę, w które bóstwo się wciela
To nie są żarty - bajki, także te nowo tworzone, z reguły odwołują się do tradycyjnych archetypów.
Jest jeszcze jedna charakterystyczna cecha błędnych rycerzy - coś, co można nazwać "zabawą własną jaźnią". Zacierają się granice między człowiekiem a postacią literacką, zaś ta ostatnia może dwoić się i troić.
Tomisław - Czw 21 Lut, 2008 06:34
Błędni rycerze występują również w bajkach, ale akurat nie przypominam sobie dobranocki, której by byli bohaterami.
Proszę służę przykładem:
http://www.nostalgia.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=180&Itemid=234
Bjorn(Dregowia) - Czw 21 Lut, 2008 09:41
Ee tam, Don Kiszot nie był barbarzyńcą!
Unik - Czw 21 Lut, 2008 12:29
Żył w innych czasach, ale był przykładem zjawiska społecznego, należącego niewątpliwie do kultury barbarzyńskiej (tj. przedchrześcijańskiej, przednaukowej i przedpaństwowej). Ostatecznie Stachura i London to czasy jeszcze późniejsze. Szczególnie analogie Don Kichota ze Stachurą są wyraźne.
A swoją drogą, skąd Cervantes znał tak dobrze błędnych rycerzy? Albo w jego czasach jeszcze ich nie brakowało, albo sam miał takie skłonności, albo raczej - jedno i drugie. Chyba musieli się jeszcze zdarzać błędni rycerze - bo jak inaczej wytłumaczyć popularność jego książki? Z drugiej strony - to kwestionowanie własnego autorstwa książki pachnie wspomnianą "zabawą własną jaźnią".
Marta Strzelecka "Kim naprawdę był Don Kichot?" (GW, wt. 19 II 0 :
Cytat: 10 lat po sukcesie pierwszej części Cervantes napisał drugą. Wyprzedził go jednak niejaki Alonso Fernadez Avellaneda - jego sequel ukazał się wcześniej i odniósł sukces. Don Kichot Cervantesa w drugiej księdze komentuje konkurencyjną powieść i robi wszystko, by nie przypominać jej bohatera. Choć planował udać się do Saragossy, jak napisał Avellaneda, zmienia zdanie i wyrusza do Barcelony.
Cytat: Bohater, a jednocześnie narrator i czytelnik, postać literacka, a jednocześnie rzeczywista, stworzył nowy rodzaj prozy odpowiadającej na ważne pragnienie - by grać, być wieloma postaciami.
Czy jest to rzeczywiście nowy rodzaj prozy - mam wątpliwości. Na pewno po raz pierwszy utrwalony na piśmie.
To właśnie są te "zabawy z własną jaźnią". W przypadku Stachury pisarz utożsamiany jest zazwyczaj ze stworzonym przez siebie bohaterem, a właściwie bohaterami - Jankiem Praderą, Edmundem Szeruckim, emmanuelem delawarskim (małe litery!) i kimś tam jeszcze.
Unik - Czw 21 Lut, 2008 13:00
Tutaj jest ten artykuł:
http://www.gallery-art.pl/sztuka/modules.php?name=News&file=article&sid=449
Cały tekst:
Cytat: Kim naprawdę był Don Kichot?
Wysłano dnia 19-02-2008 o godz. 06:01:54
Temat: Proza, poezja, inne
Wariat, ironista, klown. Pierwszy komik w popkulturze, hiszpański święty, idol pisarzy. Sam Cervantes nie mógł tego przewidzieć. Powieść Cervantesa od 1605 r. przetłumaczono na ponad 80 języków. Według danych UNESCO jest najczęściej tłumaczoną książką po Biblii i dziełach Lenina. Republikanie walczący w hiszpańskiej wojnie domowej przypominali, że Don Kichot był ich bohaterem. Nacjonaliści uważali, że walczyłby po ich stronie, w końcu na pomniku w Madrycie unosi rękę w faszystowskim geście. Marks podarował powieść Cervantesa Engelsowi. Egzemplarze należące kiedyś do Margaret Thatcher i Mussoliniego można obejrzeć w muzeum w La Manchy. Che Guevara w ostatnim liście do rodziców porównywał siebie do błędnego rycerza: "Czuję pod udami żebra Rosynanta".
Pełnia hiszpańskości
"Jestem nieustraszony Don Kichot z Manczy, a powołaniem moim i zawodem jest jeździć po świecie, prostując błędy i naprawiając złe czyny. Mogliby czarownicy pozbawić mię powodzenia, ale nigdy męstwa i dzielności". Tak dodawał sobie odwagi przed trudnymi walkami. "Oto obcujemy z pełnią hiszpańskości" - pisał prawie sto lat temu Ortega y Gasset. Anders Trapiello w powieści "Kiedy umarł Don Kichot" widzi w bohaterze Cervantesa nadwrażliwego egoistę, zmęczonego miejscem, w którym się urodził. "Wszystko, co tutaj wydaje się rzeczywiste, jest tylko złym snem, który śni mi się codziennie i który dotąd brałem za jawę" - mówi rycerz w książce Trapiello.
Nazywał się Alonso Quijano, Quijada albo Quesada. Zmienił imię na Don Kichot, by dobrze brzmiało w powieści. Liczył, że ktoś opisze jego przygody. Koło pięćdziesiątki, wysoki, krzywy nos, wąsy, broda i siwiejące potargane włosy. Tak chudy, że jego policzki dotykały się wewnętrznymi stronami. Miłośnik polowań, uzależniony od książek. Sprzedawał majątek, by kupować romanse i historie o błędnych rycerzach. Przez nadmierną wiarę w fikcję stracił rozum. W najdzikszych napadach szaleństwa walczył z meblami. Podczas rycerskich wypraw zamiast wiatraków widział olbrzymy, gospody były dla niego zamkami, stada owiec szeregami wojsk, a prosta wiejska dziewczyna księżniczką. Dulcyneę wymyślił, żeby za nią tęsknić. Ułożył pieśni i sonety, które powinna usłyszeć, gdyby tragicznie zginął. Podróżował z giermkiem, bo potrzebował świadka sukcesów.
Układanka z jarmarku
Kiedy umarł, świtało. Jego rodzinna wieś budziła się do życia. Mieszkali tam krawcy, murarze, cieśle, snycerze, szewcy, rolnicy, cukiernicy, kowale. Nie było drukarza ani papiernika. Jeden proboszcz, jeden aptekarz, dwóch lekarzy. Siostrzenica Don Kichota, jego gospodyni, Sancho Pansa i bakałarz. Nikogo z nich nie było przy śmierci rycerza, wszyscy spali.
Potem naiwnie pomyśleli, że to koniec historii Don Kichota
Cervantes od pierwszych stron tworzy układankę, którą można rozbudowywać bez końca. Kwestionuje własne autorstwo. Zapiski o Don Kichocie miał kupić na jarmarku i tylko przetłumaczyć z arabskiego. Z podobnych elementów zbudował całą powieść. Trapiello to wykorzystuje.
Za życia Don Kichota znane były dwa pierwsze tomy jego przygód. Czytali o sobie Dulcynea, Sancho Pansa, jego siostrzenica i wszyscy, których rycerz spotkał podczas podróży. Każdy z nich miał szansę zwariować, jeśli uwierzył, że jest postacią literacką i jednocześnie żyje naprawdę. Bali się tego, więc ukryli książkę Cervantesa. Chcieli o niej zapomnieć. Kiedy odnajduje ją Sancho, postanawia zostać błędnym rycerzem, jak jego pan. Wariat stworzony w XVII wieku przez Cervantesa rodzi kolejnych szaleńców. "Nie wystarczy, że zdechnie wściekły pies, by skończyła się wścieklizna" - pisze Trapiello.
Powieść o przemyślnym szlachcicu z La Manchy powstała w początkach drukarstwa. Masowe czytelnictwo dopiero się rodziło. Idealny czas powstania ważnej postaci literackiej. Dziś Don Kichot jest wzorem dla pisarzy. Ortega y Gasset w "Medytacjach" stwierdza, że pani Bovary to Don Kichot w spódnicy. Według Harolda Blooma typ postaci takiej jak błędny rycerz Cervantesa każdą powieść uczyni atrakcyjną dzięki technikom literackim, które wymusza - wielopoziomowej narracji, pomieszaniu realizmu i magii. Dostojewski nazwał historię o hidalgo "najsmutniejszą ze wszystkich książek" i wzorując się na jej bohaterze, stworzył księcia Myszkina. Zdaniem Milana Kundery to Don Kichotowi zawdzięczamy rodzaj narracji, w której racjonalizm miesza się z absurdem. Bohater, a jednocześnie narrator i czytelnik, postać literacka, a jednocześnie rzeczywista, stworzył według Kundery nowy rodzaj prozy odpowiadającej na ważne pragnienie - by grać, być wieloma postaciami.
Przypadek dla Freuda
10 lat po sukcesie pierwszej części Cervantes napisał drugą. Wyprzedził go jednak Alonso Fernandez Avellaneda - jego sequel ukazał się wcześniej i odniósł sukces. Don Kichot Cervantesa w drugiej księdze komentuje konkurencyjną powieść i robi wszystko, by nie przypominać jej bohatera. Choć planował udać się do Saragossy, jak napisał Avellaneda, zmienia zdanie i wyrusza do Barcelony.
"Z pewnością to pierwszy przypadek w historii literatury, kiedy postać literacka wie, że jest opisywana, a jednocześnie przeżywa swe fikcyjne przygody" - pisze Carlos Fuentes.
Don Kichot dwa razy traci rozum - po raz pierwszy z nadmiaru lektury, po raz drugi, kiedy się dowiaduje, że inni o nim czytają. A kiedy w końcu rozum odzyskuje, umiera. Trzeźwość umysłu jest dla niego samobójcza.
Czy naprawdę był wariatem? Współczesne pisma psychologiczne publikują analizy jego charakteru. Narcyz. Kryzys wieku średniego. Schizoparanoja. Analizował go Freud. Latem 1883 roku, kiedy powstawały jego najważniejsze teorie, w liście do narzeczonej pisał: "Czytam Don Kichota. Bardziej się koncentruje na tym niż na anatomii mózgu". Kiedy kilkadziesiąt lat później ukazał się "Don Kichot" w redakcji Freuda, znalazły się w nim rysunki Gustava Doré doskonale ilustrujące dyskomfort rycerza - kiedy jedzie przez kastylijskie bezdroża, unoszą się nad nim potwory, kiedy leży w łóżku, smok wije się wokół jego kolan.
Kiedy powieść stała się wehikułem demokracji
"Wydał mi się najdziwniejszym z ludzi, jakich kiedykolwiek widziałem. To nieszczęśnik, który stracił rozum" - mówi Don Alvaro Tarfe, bohater książki Andresa Trapiello i jedna z ważniejszych postaci w książce Avellanedy. Tarfe spotyka podróżującego Don Kichota i zawozi do szpitala dla psychicznie chorych w Toledo. "Miałem nadzieję, że tam go wyleczą i do rozumu przywrócą, by przestał się wreszcie uważać za Don Kichota z Manczy, o którym się dowiedział z powieści Cervantesa".
Podczas swojej ostatniej wyprawy Don Kichot wchodzi do księgarni w Barcelonie i odkrywa, że wydrukowano książkę o nim. Jest jednocześnie bohaterem i czytającym. Wtedy, zdaniem Kundery, literatura stała się wehikułem demokracji. Czy zależało na tym Cervantesowi? Być może chciał tylko napisać historię wzorowaną na popularnych wtedy w Hiszpanii powieściach o rycerzach, która jednocześnie byłaby ich pastiszem. Don Kichot sam ożył, twierdził Tomasz Mann. Niepostrzeżenie i w fascynujący sposób.
Z urokiem Chaplina albo Bustera Keatona nieporadnie borykał się z rzeczywistością. Głosząc pochwałę szaleństwa, pozwalał sobie wyłamywać zęby, odcinać uszy, miażdżyć żebra. Nie porzucał ideałów, nawet gdy słyszał, jak się z niego śmieją. Perfekcyjny dżentelmen.
Urodził się w arabsko-żydowsko-chrześcijańskim kraju, w którym od dekretu o wygnaniu Żydów w XV wieku wielokulturowość była niszczona. Dlatego bywa uznawany za symbol niejednoznaczności i braku korzeni. "Kiedy zbierze się kilku Hiszpanów przejętych skrajną nędzą swojej przeszłości, przygnębiającym obrazem teraźniejszości i szorstką nieprzystępnością przyszłości, pojawia się wtedy wśród nich Don Kichot" - twierdzi Ortega y Gasset.
Fuentes dodaje, że najbardziej hiszpańskie cechy Don Kichota to: "zatrata, niemożność, gorączkowe poszukiwanie tożsamości, smutna świadomość wszystkiego, co mogło być, ale nie było".
Pierwszy bohater nowoczesny
Hiszpania początku XVII wieku. Rządy ortodoksyjnego Filipa II. Bastion kontrreformacji. Kraj zżerany przez korupcję, rozboje i przemytników takich jak, Roque Gunart, postać z Cervantesa, powracająca w książce Trapiello, ale istniejąca naprawdę. W takiej sytuacji Don Kichot mógł wyruszyć w podróż na Rosynancie z tarczą i szpadą także po to, by rzeczywiście "bronić dziewic, chronić wdowy i wspomagać sieroty i potrzebujących".
Cervantes pracował nad powieścią, kiedy, jak pisze Fuentes, "średniowieczna ortodoksja usztywniła się do karykatury i zniknęły wszystkie jej dotychczasowe zalety". Dwa lata po wydaniu drugiej części przygód Don Kichota Kościół oficjalnie potępił system kopernikański. Ortodoksyjnemu i scentralizowanemu porządkowi zaczęła zagrażać rewolucja naukowa. Ziemia przestała być środkiem wszechświata. Nowoczesna rzeczywistość stała się wielopłaszczyznowa, bardziej rozległa, dopuszczała różne wersje narodzin i istnienia Chrystusa. Patronem takiej rzeczywistości miał być błędny rycerz.
"Mieliśmy wielkich mężów stanu, wielkich myślicieli, wielkich generałów, wielkie partie, wielkie przygotowania, wielkie walki, nasze wojska w Tetuanie walczyły z Maurami, nasze okręty pruły grzbiety morskich fal, ścigając wrogów z Północy. Wszystko było złudzeniem - pisze Ortega. - Z chwilą, kiedy nasz naród traci dynamizm, zapada w śpiączkę i spełnia jedną jedyną funkcję życiową, a mianowicie śni, że żyje". Zupełnie jak Don Kichot.
Święty czy parodia Chrystusa
"Trafiliśmy na kościół, Sancho" - mówi rycerz. Nie myli świątyni z olbrzymami, teatrem, fikcją. Rycerz wierzy, giermek powątpiewa. Po śmierci Don Kichota Sancho Pansa stara się o beatyfikację swojego pana. Pierwszym cudem Alonso Quijano Dobrego jest poznanie przez giermka liter i nauka czytania w błyskawicznym tempie - w ciągu dwóch tygodni. Ale świętość należy się za wiarę. "Najważniejsze, aby nigdy nie oglądając, wierzyć, potwierdzić, przysiąc i bronić" - mówił Don Kichot do kupców, których prosił, by opowiedzieli mu o urodzie Dulcynei, choć jej nie znali. "Mnie wystarcza wierzyć, że zacna Aldonza Lorenzo jest piękna i cnotliwa, jej pochodzenie nie ma znaczenia. Wyobrażam sobie, że wszystko jest tak, jak mówię, ani mniej, ani więcej, i maluję ją w mojej wyobraźni taką, jaką chcę. Niech każdy mówi, co chce".
Według Ortegi y Gasseta Don Kichot to parodia Chrystusa. "Jest jakimś Chrystusem gotyckim, przesiąkłym udrękami nowoczesności; jakimś śmiesznym Chrystusem z naszej dzielnicy, tworem schorowanej wyobraźni, która utraciwszy swoją niewinność i siłę woli, wyruszyła na poszukiwanie nowych przygód".
Dwa lata temu najwięksi aktywni pisarze z całego świata - laureaci nagród Nobla, Bookera, Pulitzera - za najlepszą książkę w historii uznali "Don Kichota". Antonio Munoz Molina powiedział wtedy: "To jest hiszpańska Biblia. Mówi nam, jak się zachowywać, śnić, kochać, jak być sprawiedliwym i rządzić. Część siły tej powieści polega na tym, że przegrany pisze o przegranym".
Cervantes mógłby napisać równie długą powieść o własnych przygodach. Był synem dentysty, uczniem Juana Lopeza de Hoyos, hiszpańskiego wyznawcy Erazma z Rotterdamu, poborcą podatkowym, żołnierzem, który w bitwie z Turkami pod Lepanto stracił władzę w ręce, pięć lat więzili go Maurowie w Algierii, potem odsiadywał wyrok za oszustwa podatkowe. Powieść o hidalgo z Manczy miał napisać w więzieniu.
Kiedy Don Kichot umiera, kpi z bohaterów, których zmusił do wejścia w świat literatury. "Wszystko, co teraz robimy, pewnego dnia ukaże się drukiem" - mówi bakałarz w powieści Trapiello. Ale jego zdaniem rycerz też nie zazna spokoju, bo udał się do innej fikcji. ? ?
Medytacje o "Don Kichocie", Jose Ortega y Gasset, przeł. Janusz Wojcieszak, Muza, Warszawa
Gdy umarł Don Kichot, Andres Trapiello, przeł. Piotr Fornelski, Noir sur Blanc, Warszawa
Nazwanie Don Kichota "bohaterem nowoczesnym" trochę mnie rozśmieszyło. Chyba rację mają ci, którzy mówią, że nowoczesność to tak naprawdę starodawność, która wydaje się nowa tylko dlatego, że już nie pamiętamy, jak ta starodawność wyglądała .
Czy błędnych rycerzy można naprawdę uważać za chorych umysłowo?
Tomisław - Czw 21 Lut, 2008 18:47
Ee tam, Don Kiszot nie był barbarzyńcą!
No to może zadowoli Cię ten tytuł ! Zdecydowanie w tej wersji
http://www.nostalgia.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=105&Itemid=140
Ponoć był z wysokiego rodu !
Bardzo Klimatyczna wersja.
I jeszcze jedno.
Przecież to się działo pod koniec XI wieku. Nie dajcie się zwieść różnym amerykańskim stylizacjom. Ten gość Robin to ,,nasze czasy" kapkę po 1066
Bjorn(Dregowia) - Pią 22 Lut, 2008 11:37
Czy błędnych rycerzy można naprawdę uważać za chorych umysłowo?
To zależy co się uzna za chorobę. Jeśli akceptacja banału i pospolitości jest normą, to oni są z pewnością nienormalni
Don Kiszot, jako zdrowy psychicznie, był znaczącym prekursorem surrealizmu.
Robin Hood w pewnym stopniu także, zwłaszcza dzięki swojej szczególnej działalności charytatywnej. Ten serialowy dodatkowo zachowuje się tak jakby już odnalazł Św. Graala, a więc w pewnien sposób spełnił swój rycerski obłęd.
Unik - Nie 24 Lut, 2008 00:31
No, nie wiem, czy Robina można określić jako błędnego rycerza. Gdzie wędrówka i tajemnica?
Tak, wiem, że dla niektórych "nawiedzony" jest każdy, kto wyrasta ponad banał. Ale interesuje mnie, jak to wygląda od strony naukowej.
Ja mam pewne wątpliwości, czy w przypadku surrealizmu można w ogóle mówić o prekursorstwie - a przynajmniej w II tysiącleciu n. e. . Wystarczy poczytać mity celtyckie, żeby się co do tego upewnić - zwłaszcza Celtowie lubowali się w takich elementach. Bezpieczniej byłoby mówić o surrealizmie nowożytnym - czerpiącym zresztą ze źródeł wcześniejszych.
Pojęcie "błędnych rycerzy" nie ma nic wspólnego z obłędem. Wywodzi się od błądzenia, tj. włóczenia się po świecie bez celu.
Bjorn(Dregowia) - Pon 25 Lut, 2008 08:16
Czy błędnych rycerzy można naprawdę uważać za chorych umysłowo?
Pojęcie "błędnych rycerzy" nie ma nic wspólnego z obłędem. Wywodzi się od błądzenia, tj. włóczenia się po świecie bez celu.
No to odpowiedziałeś sobie sam.
Unik - Wto 26 Lut, 2008 19:06
To, że geneza pojęcia błędnego rycerza nie ma nic wspólnego z obłędem, nie musi oznaczać, że błędni rycerze byli "spełna rozumu".
Unik - Pon 12 Maj, 2008 19:22
Znalazłem jeszcze jednego błędnego rycerza - Jędrka Wasielewskiego "Połoninę", "kaskadera rzeźby". Jest to postać tym ciekawsza, że był rekonstruktorem historycznym, albo raczej historyczno-geograficznym (choć ze względu na indywidualizm trudno mówić w jego przypadku o grupach rekonstrukcyjnych). Jak już pisałem kiedyś na forum "Frehy", pierwsi rekonstruktorzy w Polsce, jeszcze w głębokim PRL-u, byli kowbojami:
http://www.przeglad-tygodnik.pl/index.php?site=artykul&id=953
http://michalc30.bloog.pl/id,1790795,.?ticaid=65e03
Jędrek Połonina zginął zaledwie trzynaście lat temu. Przejechał go samochód w Komańczy, gdy był na totalnym gazie. Bo, niestety, mniej romantyczną stroną błędnych rycerzy było zapijanie się na umór.
Niedawno wyszła książka, poświęcona Jędrkowi Połoninie:
http://www.carpathia.net.pl/?p=productsMore&iProduct=10
Unik - Wto 21 Paź, 2008 12:34
Prawdopodobnie Bolesław Chrobry miał w sobie coś z psychiki błędnego rycerze. Wiadomo, że miał magnetyczną osobowość, co mu pomagało znajdować zwolenników do przedsięwzięć politycznych. Okresowo był też zafascynowany utopijnym projektem Ottona III, sprowadzającym się do marzenia o zjednoczeniu Europy w oparciu o władzę cesarską.
Utopijnym, co państwa jeszcze nie okrzepły, czy więc można było myśleć o stworzeniu jakiejś wyższej formy władzy?
Ale stąd z kolei wynika, że Chrobry musiał prawdopodobnie mieć wyjątkowe
zasługi jako mecenas sztuki, także świeckiej. Na razie, niestety, niewiele wiemy o mecenacie Chrobrego. Prawdopodobnie należy tu zaliczyć typ mieczy "piastowskich" (najstarsze ich części pochodzą z Gniezna z czasów Chrobrego i wykonane są z drogiego importowanego surowca, czyli kości słoniowej) oraz grot z Nętna.
ukladanie bez patrzenia (blindfold)
CPL CUP 2 Wyniki
Waregowie
Race Driver: GRID (2008)
Cheaters - Hall of Anti-Fame
Śmieszne obrazki, linki, texty etc.
Co o tym myślicie?
Dokumenty i Encykliki Papieża
Berserkerzy, Ulfhednir
Chuck Norris ;)
Ruchome obrazki ;-)
Valkyria Chronicles
Kolesie z Platformy
Gry komputerowe
World Of Warcraft vs. Runescape
Skupisko wiadomości z for dyskusyjnych !! Index
Odnośniki,